press

Rzeczpospolita: Wolność na wyłączność?, 28.04.2003

Kampania "Niech nas zobaczą" to największa jak dotąd akcja lansująca akceptację homoseksualizmu w Polsce Miesiąc temu ruszyła akcja plakatowa "Niech nas zobaczą". Akcję zorganizowała Kampania przeciw Homofobii przy wsparciu Kancelarii Premiera oraz ambasad Szwecji i Holandii. W czterech dużych polskich miastach na billboardach zaczęto umieszczać zdjęcia 30 homoseksualnych par w normalnych ulicznych ujęciach. Kampania wywołała protesty w Gdańsku i Krakowie. Sprzeciwiali się jej radni Ligi Polskich Rodzin. Duża cześć plakatów zamalowali nieznani sprawcy. Prezydent Gdańska opowiedział się za umieszczeniem zdjęć w galeriach, wyrażając jednocześnie protest wobec kampanii bilboardowej na ulicach. Przeciw kampanii wypowiedział się w Warszawie prezydent Lech Kaczyński. Wycofały się z niej dwie agencje reklamy ulicznej. Te wydarzenia skłoniły grupę polityków i intelektualistów, m.in. Jacka Kuronia, Władysława Frasyniuka, Marcina Króla i Marie Janion, do ogłoszenia listu otwartego. Oświadczają w nim, ze wydarzenia związane z akcja "uświadomiły im skale nietolerancji, lęku i wewnętrznej cenzury w kraju". Jak zadeklarowali, "obowiązkiem ludzi myślących jest przeciwstawienie silę wszelkim formom nietolerancji i solidarność z tymi, których nietolerancja dotyka". W publikacjach w "Gazecie Wyborczej" i "Trybunie" wskazywano, ze niechęć wobec akcji to wynik "odrazy do nieznanych form miłości" i chorobliwej homofobii. Do kogo należy przystanek? "Niech nas zobaczą" to największa jak dotąd akcja lansująca akceptację homoseksualizmu. Jej autorzy głoszą, ze wystawa ma uczyć jedynie tolerancji dla inności. Podkreślają, ze stereotyp geja, jaki powstał w Polsce, to barwni i wyzywający uczestnicy homo parad. Pomysłodawcy kampanii deklarują, że ich celem jest pokazanie Polakom, że homoseksualiści to normalni ludzie, jakich codziennie mija się na ulicy czy na klatce schodowej bloku. Czy taka argumentacja wyczerpuje problem? Nie sadzę. Dla wielu osób taka akcja plakatowa to agresja wizualna. Same zdjęcia nie są drastyczne, ale ich przesłanie - lansowanie normalności seksualnego związku osób tej samej płci - jest nie do przyjęcia. Akcję spotów ze zdjęciami z kampanii podjęła nastawiona na młodzież stacja muzyczna MTV. Zdjęcia pokazywano też w telewizji publicznej. Trudno oderwać akcję "Niech nas zobaczą" od coraz częstszych działań ulicznych środowisk homoseksualnych. Na 1 maja zapowiadana jest w Warszawie "Parada równości", duża demonstracja uliczna organizacji homoseksualnych. Zdjęcia de facto lansują homoseksualizm i jako takie wywołują protest osób wyznających tradycyjny system wartości. Czy ludzie ci maja prawo nie życzyć sobie atakowania ich widokiem czegoś, co uważają za głęboko niemoralne? W reakcjach na plakaty należy rozróżnić trzy zjawiska. Anonimowe zamalowywanie bannerów, decyzje władz miasta o usuwaniu kontrowersyjnych plakatów i wreszcie decyzje agencji reklamowych. Każda z tych reakcji powinna być oceniana osobno. Agresja wobec plakatów jest zapewne wandalizmem, ale często dzieje się tak z reklamą atakującą w prowokacyjny sposób wrażliwość części publiczności. Nie przypominam sobie, by ktoś rozdzierał publicznie szaty, gdy feministki zniszczyły niemal billboardy stacji radiowej, która w prowokujący sposób reklamowała się jako stacja dla mężczyzn. Inaczej można podejść do dyskusji na temat postawy władz samorządowych. Tu prawo do reagowania na akcje, które w opinii części obywateli ich obrażają, w życiu publicznym jest zjawiskiem zupełnie normalnym. I wreszcie decyzje agencji, które mają prawo do oceny wpływu akcji na własny wizerunek. Jedne deklarują, ze boją się niszczenia cennych urządzeń billboardowych. Inne, że chcą unikać opinii agencji posługującej się prowokacją. Niezależnie od przyczyn prywatne firmy maja prawo do tego rodzaju decyzji. I w tym przypadku nie pamiętam protestów liberalnych aktywistów np. wobec niechęci nadawców kablowych do Telewizji Trwam czy wobec apeli jednego z szefów dużego domu mediowego, by nie dawać reklam Telewizji Puls. Prawo do przestrzeni publicznej Autorzy listu sugerują, że w Polsce naruszane są reguły demokracji, że łamane jest jakieś wyimaginowane prawo Polaków do zobaczenia zdjęć z akcji "Niech nas zobaczą". Czy te argumenty są słuszne? Czy w Polsce osoby odrzucające homoseksualizm mają prawo protestować przeciwko prowadzeniu kampanii w miejscach publicznych, których nie sposób ominąć? Kampania wpisuje się w konflikt, co w Polsce jest legalne, z tym, co jest odrzucane przez dużą część obywateli. Nie sposób oddzielić tego konfliktu od konfliktu cywilizacyjnego między tymi, którzy hołdują "postępowym" teoriom obyczajowym, a tymi, którzy bronią tradycyjnego systemu wartości. Jakie prawo do przestrzeni publicznej mają zwolennicy przemian obyczajowych, a jakie ich przeciwnicy? Według tych pierwszych zacofani "katole" mają obowiązek zaakceptować to, co niesie "postęp", a jeśli tak się nie dzieje, to wprowadzanie "postępu" powinno być egzekwowane przez prawo i wspierane przez władze. Nie dziwię się, ze wielu Polaków nie ma na to ochoty. Non possumus Zwolennicy pełnej społecznej akceptacji homoseksualizmu maja zwyczaj lekceważyć to, ze katolicy nie mogą być obojętni na to zjawisko. Stosunek do homoseksualizmu Kościoła katolickiego pozostaje niezmienny. Kościół występuje, co prawda, przeciw penalizacji tego zjawiska i deklaruje pomoc duszpasterska osobom o takich skłonnościach, ale jego nauczanie pozostaje niezmienne. Czynny i konsumowany homoseksualizm pozostaje zjawiskiem potępianym przez Biblie i uznawanym za sprzeczne z naturą. Wydany ostatnio przez Stolicę Apostolską i firmowany przez przewodniczącego Papieskiej Rady do spraw Rodziny, kardynała Alfonsa Trujillo "Leksykon rodziny i życia" uznaje, że homoseksualizm jest "nierozstrzygniętym problemem psychologicznym", ale jednocześnie podkreśla, ze "skłonności homoseksualne nie mają żadnej wartości społecznej. Nie można nadawać im [homoseksualistom] praw należnych rodzinie". Przytaczam to przypomnienie stanowiska Kościoła, by wskazać, ze negatywny stosunek do homoseksualizmu jako lansowanego stylu nie wynika z jakiejś ideologii nienawiści, lecz właśnie z poważnego traktowania chrześcijańskiego pojęcia prawdy i wolności rozumianej jako uwolnienie człowieka od złych skłonności, by mógł czynić dobro. Katolicy mogą protestować przeciwko narzucaniu im gejowskich plakatów także jako obywatele, którzy walczą o swoje prawa obywatelskie, prawa do nieingerowania w intymną dziedzinę życia ich i ich dzieci. Nie trzeba być znawcą nauki Kościoła, by odczuwać niepokój wobec lansowania homoseksualizmu jako stylu życia równoprawnego z tradycyjnym. Plakaty z kampanii "Niech nas zobaczą" w opinii krytyków zachęcają młodych do akceptacji homoseksualizmu. "Trybuna", atakując osoby oburzone plakatami "Niech nas zobaczą", ironizuje, że przeciwników akcji miłość w oczy kole. Otóż, problem w tym, że ci, którzy z mieszanymi uczuciami oglądają zdjęcia z uśmiechniętymi gejowskimi parami, nie mają przekonania, że pokazuje się im miłość trwałą, opartą na zdolności do dawania siebie drugiej osobie. Ile z zaprezentowanych w kampanii plakatowej homoseksualnych par przetrwa próbę czasu? Owszem - wiele małżeństw też się rozpada, ale w przypadku homoseksualizmu czynników integrujących jest znacznie mniej, a - jak dowodzą statystyki - trwałość związków jest wielokrotnie mniejsza. Jak żyć pod jednym niebem? Jak rozwiązać ten problem? Jedną z odpowiedzi już znamy. Obóz "postępu" wskazuje, że społeczeństwo trzeba edukować tak długo, aż zaakceptuje homoseksualizm. Ewentualnych krnąbrnych należy karać sądownie na podstawie bardzo rozciągliwych paragrafów przeciw homofobii. Echo tego postmarksistowskiego stylu myślenia brzmi w cytowanym juz liście otwartym, w którym autorzy piszą: "lęk i niewiedza są jedynymi źródłami nietolerancji i dyskryminacji, a rzetelne informowanie społeczeństwa jest koniecznym warunkiem postępu". Kto ma ustalać, co jest rzetelnym informowaniem społeczenstwa? Kto będzie o tym decydował? Nie od dziś zgłaszane są wątpliwości dotyczące używania wyników badań socjologicznych i medycznych jako oręża przez obóz sympatyków ruchu homoseksualnego. W środowisku medycznym naukowcy negujący tezę o genetycznym i nieodwracalnym charakterze skłonności homoseksualnych są obiektem wrogich kampanii. Ba, nawet dyskusje na ten temat niezwykle szybko zamieniają się w sugerowanie krytykom homoseksualizmu najgorszych intencji i rutynowe oskarżanie o obsesyjną nienawiść. Temu służą też wystąpienia organizacji homoseksualnych, które wprost sprzeciwiają się swobodnemu publikowaniu tekstów negujących ich przekonania i styl życia. Głównym motywem tych polemik jest stawianie znaku równości między odrzuceniem homoseksualizmu a tymi, którzy chcą homoseksualistów eksterminować lub karać. Jest to sprowadzenie adwersarza do roli spadkobiercy nazistów, którzy zamykali homoseksualistów w obozach koncentracyjnych. Taka maniera redukuje przestrzeń dyskusji do minimum. Co powinno być zamiast tego? Chłodny realizm i szukanie modus vivendi między aktywnością homoseksualistów a przestrzenią publiczna, do której mają prawo również osoby nieakceptujące propagandy homoseksualizmu. W tej przestrzeni nie wolno tolerować przemocy wobec homoseksualistów i prób penalizacji tego środowiska. Do takich rozwiązań zresztą nikt poważny nie nawołuje. Ale w jakim stopniu należy pozwalać na lansowanie gejowskiego stylu życia? W praktyce życia społecznego ostatniej dekady wytworzyło się pewne status quo. W Polsce legalnie wydawana jest prasa homoseksualna, w każdym większym mieście działają kluby gejowskie. Zaniechano znanej z czasów PRL inwigilacji milicyjnej środowisk homoseksualnych. Ten chwiejny kompromis jest dla częsci homoseksualistow punktem wyjścia do kampanii na rzecz lansowania swojego stylu bycia w przestrzeni publicznej. Odbywa się to od lat w świecie popkultury czy reklamy. Dość przypomnieć gejowskie billboardy "Machiny" czy aluzyjnie homoseksualne reklamy "Czy to jest miłość, czy to jest kochanie" jednej z sieci komórkowych. Na homoseksualizmie wokalistek zbudował swoją karierę popularny i w Polsce rosyjski duet Tatu. Teraz pojawia się kampania "Niech nas zobaczą". Stanowi ona odrzucenie dotychczasowego status quo. Jest prawem homoseksualistów uważać owo status quo za niewystarczające. Jest prawem jednak innych reagować na to protestem. Swoboda, ale dla kogo? W liście otwartym w sprawie akcji "Niech nas zobaczą" jego sygnatariusze wyrażają przekonanie, że "wolność słowa i ekspresji jest fundamentem społeczeństwa demokratycznego". To bardzo ważna deklaracja. Czy jest to jednak także zobowiązanie się do walki o swobodę dyskusji osób nieakceptujących homoseksulizmu? W USA chrześcijańskie organizacje prowadzące akcję zachęcającą do dobrowolnego odejścia od homoseksualizmu zetknęły się w nowojorskim metrze z odmową wynajęcia przestrzeni reklamowej. Prowadząc podobną akcję na ulicach Berlina amerykańska wspólnota protestancka także nie była w stanie uzyskać zgody władz. Przeciwnicy takich akcji ułatwiają sobie sprawę. Z aktywistów polemizujących z homoseksualizmem czynią podżegaczy do przemocy. I znów pomocny okazuje się slogan homofobii, będący pojemnym workiem, do którego można wrzucić każdego. Chrześcijan polemizujących z tezą o nieodwracalności opcji homoseksualnej porównuje się z antysemitami. To wygodna analogia, ale nieprawdziwa. Antysemityzm oburza jako wrogość wobec Żyda, który nie może stać się kimś innym. W opinii wielu chrześcijan homoseksualizm jest drogą, z której można i należy zejść. Owszem, bywały i są nadal kraje, w których homoseksualistów wieziono lub rażono prądem, aby zmienić ich preferencje. To haniebne praktyki. Ale takie patologie nie mogą służyć jako argument za zakazem dyskusji o możliwości zmiany opcji seksualnej. Z czasem i w Polsce dojdzie do dyskusji na ten temat. Czy wtedy Jacek Kuroń, Marcin Król i Maria Janion będą walczyć o prawo plakatowania przystanków hasłami zachęcającymi np. do odejścia od homoseksualizmu? Czy raz zdobyta "wolność słowa" oddadzą innym?
Piotr Semka
Autor jest niezależnym publicystą


strona główna prasa do góry