|
|
Gazeta Wyborcza Trójmiasto: Chłopak z gejowskiego plakatu, 16.05.2003
Marcin Król, 22-latek z Gdańska, pozował do plakatu pokazanego na wystawie "Niech nas zobaczą" w gdańskiej galerii Łaźnia. Marcin trzymał za rękę innego Marcina, co wzbudziło ostre protesty Młodzieży Wszechpolskiej.
Sebastian Łupak: Jaka była reakcja znajomych i rodziny, kiedy Twoje zdjęcia z drugim Marcinem ukazały się w gazetach?
Marcin Król: Najpierw na moją komórkę zadzwoniła matka. Krzyczała: "Ty pedale, co ty z siebie robisz? Wstyd mi przynosisz w pracy".
Próbowałeś zrozumieć tę reakcję?
- Pewnie to był szok. Dowiedziała się z gazety, nie ode mnie. Może ktoś jej pokazał gazetę w pracy? Powiedział: "patrz, co wyprawia twój syn!" To było odreagowanie szoku. Teraz chyba to przetrawiła, oswoiła się z myślą, że jestem gejem. A ja z tymi zdjęciami poszedłem na żywioł. Wiedziałem, że zmienią moje życie. Wiele osób się dowie.
Co odpowiedziałeś na zarzuty matki?
- Że mam 22 lata i jestem odpowiedzialnym, dorosłym człowiekiem, który sam za siebie decyduje. Ludzi nie można szufladkować. Rodzice nie mogą ci nakazać: ty będziesz lekarzem, ty prawnikiem, a ty heteroseksualistą. Tego się nie da narzucić.
Jak zareagowali inni?
- Moi dziadkowie, z którymi mieszkam, byli spokojni. Kuzyn nie miał z tym problemu. Natomiast koleżanka z pracy powiedziała: "szkoda cię dla facetów, taki jesteś miły i fajny". Ale co zrobić, kiedy mnie do dziewczyn nie ciągnie?
Czy kiedy odkryłeś, że jesteś gejem, przestraszyłeś się?
- Nie, zaakceptowałem to. Miałem 15 lat, zacząłem lgnąć do środowisk homoseksualnych.
Łatwo do nich trafić?
- Ja tego nie rozpoznaję. Idziemy z kolegą ulicą, a on wskazuje palcem i mówi: ten jest, ten jest, tamten jest. Czasem to rzeczywiście rzuca się w oczy, gdy ktoś jest za mocno przegięty...
Przegięty?
- No, ma ruchy kobiece... ale ja tego na ogół nie dostrzegam. W sumie w środowisku jest tak, że jedne osoby pokazują ci kolejne. To jest łańcuch. Idzie ciurkiem. Kończy się tak, że idę ulicą i tylko: cześć, cześć, cześć, cześć! Na odpuście św. Wojciecha przechodziłem ulicą i nagle chórek: "cześć Marcin!" A ja takie oczy i "skąd ja was znam?!"
Czyli nigdy nie próbowałeś walczyć ze swoimi skłonnościami?
- Miałem taki okres w zakonie.
W zakonie?!
- Byłem trzy lata w zakonie misjonarzy Świętej Rodziny. Mieszkałem w klasztorach pod Koninem, Kościerzyną i Poznaniem.
Dlaczego tam trafiłeś?
- Chciałem być kimś.
Będąc zakonnikiem czułbyś się kimś lepszym?
- W moim środowisku tak. Chciałem pokazać, że mogę się wybić, być inny. Z zawodu jestem kucharzem. A dla wielu ksiądz w rodzinie to nobilitacja. Będąc w zakonie często słyszałem od innych matek: "jak bym chciała, żeby mój syn też poszedł na księdza czy zakonnika". Ale potem zrozumiałem, że to żadne wybicie się. To był wyimaginowany obraz.
W zakonie walczyłeś ze swoimi skłonnościami?
- Ojciec Kożuch, jezuita z Lublina, prowadzi tam grupę Odwaga.
Odwaga, żeby być gejem, czy żeby to zwalczyć w sobie?
- Żeby zwalczyć. To grupa wsparcia. Powiedziałem mojemu przełożonemu, że mam orientację homoseksualną i wysłał mnie do Lublina. To dwudniowy cykl nauk, katechez dla osób homoseksualnych. Jest adoracja, brewiarz. Jezuici tłumaczą, jak się poprawić.
Czyli chciałeś się "poprawić"?
- Może była to próba samego siebie? Okazało się, że to silniejsze ode mnie, że mimo dobrej woli, nie poradzę sobie. Choć dawali mi wskazówki, jak sobie z tym radzić...
Z czym konkretnie?
- Z pociągiem...
I jak to się robi?
- Nie wchodzić w zażyłe kontakty, hamować pociąg, kiedy widzę mężczyznę, nie myśleć, że chciałbym z nim pójść do łóżka, unikać dwuznacznych spotkań, kontaktów, panować nad sobą. Żyć, ale nie współżyć.
Zapanowałeś?
- Nie mogłem tego stłamsić w sobie. Sam sobie robiłem problem. Przecież jestem gejem i muszę być tym, kim jestem. Męczyłem się, nie mogłem sobie dać rady.
Co było dalej?
- Wiedziałem już, że oszukuję Boga i samego siebie. To było na bakier z konstytucją zgromadzenia. Kodeks prawa kanonicznego mówi, że osoba homoseksualna nie może być wyświęcona. Poradzili mi: "spakuj się, wyjedź i zobacz jak jest w świecie..."
I jak jest w świecie?!
- Super!
Dlaczego?
- Robię to samo, co w zakonie: pomagam ludziom, ale teraz jestem wśród nich! Jestem salowym w gdańskim Hospicjum Pallotinum. Kiedy starsza pani nie ma siły na codzienne mycie, podnoszenie męża z łóżka, sytuacja przymusza ją do oddania go pod naszą opiekę. Wtedy my ich pielęgnujemy, pomagamy, myjemy, ja zmieniam pampersy, podaję kaczkę, przebieram pościel, czasem nakarmię. Nie oszukuję już siebie ani Boga. Kocham tę pracę. Uśmiech pacjenta dużo dla mnie znaczy. Uśmiech to nie jest błahostka! To nasza zapłata, bo wiemy, że pacjentowi jest dobrze.
Co sądzisz o ludziach, którzy "tolerują" gejów, ale tylko wtedy, gdy nie muszą na nich patrzeć, nie muszą o nich czytać, jednym słowem, nie chcą wiedzieć, że oni istnieją?
- To trzeba przełamywać. Nie da się żyć w enklawie. My nie żyjemy obok was, ale wśród was! Jesteśmy na ulicy, w sklepie, w autobusie, w pracy. Potrzebna jest integracja, a nie osobne grupy, getta.
Jak odebrałeś akcję Młodzieży Wszechpolskiej, która nazywa Was zboczeńcami?
- A, Odzież Wszechpolska! Tak ich nazywamy. Nigdy nie spotkało mnie z ich strony nic złego. Nie traktuję ich jak wrogów. Chciałbym im wytłumaczyć, że to nie jest zboczenie, tylko inna orientacja seksualna. Oni pewnie nie spotkali nigdy osób homoseksualnych, nie mają wśród nich znajomych, nie znają tego od podszewki, tylko opierają się na tym, co usłyszeli. A to nie jest prawda.
Czy kampania przeciw homofobii jest potrzebna?
- Ja się nigdy nie spotkałem z niechęcią znajomych, sąsiadów, kolegów z pracy. Ale wiem, że czasem pod adresem innych homoseksualistów idą przezwiska, jak np. wracają z Enzymu [klub w Sopocie - red.]. A przecież to taki sam człowiek, żyje obok, pracuje. I wszystko jest super i super się rozmawia, dopóki ktoś się nie przyzna do homoseksualizmu. I wtedy może być odrzucenie. A może to ktoś z twojej rodziny, twój syn czy córka?! Więc ta kampania ma pokazać, że nie jesteśmy odszczepieńcami, popaprańcami..
|